Prolog

Na niebie pojawiły się ciemne chmury, a w oddali można było usłyszeć złowrogie grzmienie. W powietrzu unosił się zapach ozonu, a krople zaczęły uderzać o ziemię stopniowo. Miasto przy tym świetle i z tej perspektywy stawało się bardziej ponure, jakby życzące każdemu przechodzącemu w jego pobliżu źle. 
Nie chciałam przekonywać się co musiało widnieć na ulicach tego nędznego padołu łez, ale wyobraźnia zdawała się wiedzieć lepiej. Wszędzie wraki samochodów, gnijące mięso i zgliszcza ludzkości przysypane popiołem z naiwności i wiary, że nowe i lepsze jutro kiedyś nastąpi. Ostatni raz widziałam miasto w dniu rozpoczęcia. Pamiętam żarzący się ogień, kłęby czarnego dymu nad budynkami i ryk syren, odbijający się echem po alejkach. 
Pamiętam wyłącznie chaos.
Zaciskam zęby i spoglądam na długą bliznę ciągnącą się wzdłuż zewnętrznej połowy dłoni, od małego palca do nadgarstka. Rana nie była najgłębsza, ale doprowadzenie jej do porządku kosztowało zbyt wiele zasobów. Szkło z wybitego okna w szkolnej sali pozostało wyłącznie krwawym wspomnieniem pierwszego spotkania z Nimi  ze stworami, które wcale nie zamieszkiwały pod łóżkami, tak jak kiedyś opowiadali rodzice i żywiły się czymś więcej niż strachem dziecięcych przekonań.
— Myślisz, że przyjdzie do nas burza?  pyta Winston i zarzuca plecak na ramię. Jego ciemne włosy opadają mu na czoło, na którym perlą się krople potu zmieszane z brudem. Spogląda na mnie i uśmiecha się lekko. Blizna na jego policzku zniekształca pierwotny wygląd, ale wciąż widać w nim to chłopięce piękno. Ale nie jest tak piękny jak on.
Wzruszam ramionami i opieram się biodrem o pień starego drzewa. Nóż w skórzanej pochwie uderza o moje udo i przypomina mi, abym cieszyła się chwilą, gdy nie muszę z niego korzystać. Przymykam oczy, gdy promienie słońca lekko przebijają się przez chmury i łaskoczą moją twarz. Podnoszę dłoń i zasłaniam się, wsłuchując się w świergot okolicznych ptaków zasiadujących na koronach drzew.
Natura bywa tak delikatna... i tak okrutna.
— Nie wiem nawet czy byłoby to wskazane. Woda i ziemia to niezbyt dobre połączenie, zwłaszcza w miejscu w którym się osiedliliśmy. Ale wypadałoby rozstawić beczki, aby złapać deszczówkę. Powiem Charlesowi jak wrócimy. Nie chcemy przecież narażać nikogo  mówię i opuszczam dłoń, czując gęsią skórkę. Zerkam na rękę i zaciskam zęby.  Powinniśmy ruszać. Robi się ciemno. 
Winston kiwa głową i schodzi z górki jako pierwszy. Patrzę przed siebie ostatni raz. To wszystko kiedyś tętniło życiem, teraz tętni śmiercią i stęchlizną. Czy kiedyś świat wróci do normy? Czy kiedyś przestaniemy uciekać i patrzeć za siebie? Czy przestaniemy walczyć?
— Jude, idziesz?
Kiwam głową i odpycham się od pnia drzewa, zbiegając z górki dużymi susami.
Chcieliśmy świata dla siebie. Teraz świat posiadł nas.
O to cała historia, a może raczej jej koniec.
© 2018 grabarz. Powered by Blogger. | WS | X | X.